RSS
niedziela, 04 września 2016

27-5=22 - taka była różnica w faulach w spotkaniu Polski z Kazachstanem. Na boisku było 2:2, łatwo więc o wniosek, że nie wygraliśmy przez sędziego. Holender nie sędziował dobrze, pozwalając naszym rywalom na za wiele, jednak przy straconych przez Polaków golach błędu nie popełnił. Dwa punkty nasza reprezentacja straciła może nie na własne życzenie, ale z własnej winy.

Dopóki Polacy grali w piłkę, a potrafi to robić dużo lepiej od Kazachów, mecz układał się po naszej myśli. Naprawdę wielkie drużyny nie dają się jednak sprowokować, bezlitośnie wykorzystując swoją przewagę, tak jak mu przez pół godziny. Polscy piłkarze nie wytrzymali jednak: najpierw zaczęli użalać się nad swoim losem, później sędziować, a na koniec stracili nerwy i próbowali oddawać. Dlatego mimo tylko pięciu fauli dostali aż cztery żółte kartki. Powinni jedną czerwoną, bo Kamil Glik dał się sprowokować. A przy takich nerwach trudno udowadniać swoją wyższość.

Statystyka przewinień pokazuje też zaangażowanie. Futbol jest jedną z niewielu dyscyplin, w której niedostatki można zniwelować walecznością, zaangażowaniem, a nawet poświęceniem. Tak jak zawodnicy z Kazachstanu. A oprócz nadrobienia różnicy w umiejętnościach, udało im się sprowokować przeciwników. W nagrodę dostali punkt, który zapewne niewiele im pomoże w eliminacjach, za to Polsce może utrudnić awans.

Oglądając mecz przekonałem się także, a właściwie utwierdziłem w przekonaniu, że potęgą piłkarską jeszcze nie jesteśmy. Mamy zawodnika wybitnego, kilku bardzo dobrych i resztę, która na razie nie jest gotowa, by w chwilach słabości liderów decydować o grze reprezentacji. Podczas Euro 2016 świetnie spisywali się Fabiański, Pazdan, Glik, Piszczek, Błaszczykowski, Krychowiak, a Lewandowski nawet gdy gra słabiej, jest groźny, bo zmusza przeciwników do przydzielenia mu kilku opiekunów. Wystarczyło jednak, żeby Fabiańskiemu zabrakło szczęścia, nie mógł zagrać Pazdan, a Błaszczykowski i Krychowiak spisali się gorzej niż potrafią, by Polska Nawałki stała się Polską taką, jak za Fornalika i Smudy: zdolną do uniesień i szybko wpadająca w przeciętność. Podsumowując: jesteśmy zależni od naszych gwiazd bardziej niż inni w europejskiej czy światowej czołówce, bowiem takich samych w zapasie nie mamy.

Czytam i słyszę narzekania na Milka, że nieskuteczny, że psuje pracę kolegów. Ale czy selekcjoner ma dla niego alternatywę? Może słabo znam się na piłce, ale nie widzę w kraju napastnika, który jest w stanie zbliżyć się do poziomu Milika. Wilczek gra w przeciętnej lidze duńskiej, Teodorczyk nie był w stanie przebić się w Dynamie Kijów, a Stępiński to dopiero przyszłość, mam nadzieję, że niezbyt odległa. Milik, jak mawiają trenerzy, ma to coś, czego w żadnych podręcznikach nie zdefiniowano: pod bramką szuka go piłka. Brakuje mu szczęścia, myślę, że chwilowo. Pamiętam jednak, czyje gole dały nam przepustkę na Euro!

Kończąc, mam nadzieję, że niepowodzenie w Astanie, bo remis przy prowadzeniu 2:0 ze słabszym przeciwnikiem, jest porażką, czegoś Polaków nauczy. I to nie tylko piłkarzy, bo jako kibice mamy skłonności do przesady. Jest jeszcze dużo czasu i meczów, by stratę z Kazachstanu odrobić!

czwartek, 18 sierpnia 2016

rio1

Szczypiorniści to mężczyźni, a siatkarze - chłopcy. Przegrali w głowach. Fatum ćwierćfinałów. takie komentarze w Polsce przeważają po gorączce środkowej nocy. Siatkarze, którzy dotychczas w igrzyskach byli wynoszeni pod niebiosa, dostali lanie od Amerykanów, a piłkarze ręczni - krytykowani czy wręcz wyśmiewani po porażkach z Brazylią i Słowenią, zrewanżowali się Chorwacji za pogrom w mistrzostwach Europy, awansując do półfinału.

Prawda jak zwykle leży po środku. Sam zachwycałem się stylem zwycięstwa nad Argentyną (co przypomniał mi rafalstec.blox.pl/html ), ale zdawałem sobie sprawę, że Poglajen, Gonzalezowie, Lima czy Crer, to nie są gwiazdy na miarę De Cecco i Conte. Moje obawy potwierdziła wcale nie nadzwyczajnie grająca Rosja, choć mimo widocznych słabości zdołaliśmy ją postraszyć. A USA przegraliśmy bardzo wyraźnie i bardzo zasłużenie. Polacy nie mieli w środę argumentów, by przeciwstawić się rosnącym w siłę Amerykanom, którzy - przypomnę - po porażkach z Kanadą i Włochami prawie tak samo dotkliwie zbili Brazylię i Francję. Ta druga prowadziła w pierwszym secie jeszcze wyżej niż Polska i też została doścignięta i przegoniona.

Podobała mi się reakcja naszych siatkarzy, którzy nie tłumaczyli się pechem, ćwierćfinałowym fatum, lecz uczciwie przyznali, że Stany Zjednoczone były lepsze. Dopóki Bartosz Kurek dawał radę, mieliśmy nadzieję, chociaż wynikającą bardziej z wiary niż z racjonalnych przesłanek. Na tym poziomie jeden zawodnik meczu nie wygra, choć nawet kadrowicze mówią, że mistrzostwo świata zdobył Polsce Mariusz Wlazły. Wtedy miał jednak wsparcie u Michała Winiarskiego i Mateusza Miki, Karol Kłos rozegrał turniej życia, Paweł Zatorski przyjmował zagrywki z precyzją mistrza olimpijskiego w strzelectwie, Marcin Możdżonek zdobywał blokiem decydujące punkty, zaś Fabian Drzyzga miał wsparcie w osobie Pawła Zagumnego. W Rio de Janeiro Kurek był sam. Mika po kontuzji nie odzyskał formy, Michał Kubiak też potrafi grać dużo lepiej. Prawdopodobnie braki próbował nadrobić ambicją, co często przynosi odwrotny skutek. Słabo prezentowali się środkowi, a nasz libero rozegrał jeden z najgorszych turniejów w karierze.

Naprzeciw zaś była drużyna bardzo silna, nakręcająca się z każdą udaną akcją. Trenerzy siatkarscy mówią, że sposobem na dobrą zagrywkę przeciwnika jest odebranie mu pewności poprzez jeszcze lepsze własne serwy. Niestety, Polacy ostatni raz dobrze zagrywa podczas ubiegłorocznego Pucharu Świata. Nasi siatkarze bardzo chcieli, ale gdy się za bardzo chce... (patrz Kubiak). Na pewno jednak nie zgodzę się z opinią, że ćwierćfinał Polacy przegrali w głowach. Oni zrobili, co mogli, ale tego dnia Amerykanie potrafili dużo więcej. Bezlitośnie wykorzystywali nasze niedostatki, jak niższy blok Grzegorza Łomacza czy Kubiaka, słabsze przyjęcie. Gdyby na igrzyska poleciał Możdżonek, byłoby łatwiej zatrzymać popisowe zagranie, jakim jest atak ze środka drugiej linii, tzw. pajp. Wszyscy na świecie wiedzą bowiem, że przy nim należy unikać tego zagrania. Tutaj mam pretensje do Stephane Antigi, że najlepiej blokującego z polskich środkowych zostawił w domu, licząc, że Piotr Nowakowski przez miesiąc nadrobi półroczne zaległości. Selekcjoner miał zapewne nadzieję, że gracz Resovii odnajdzie mistrzowską dyspozycję.

Większe pretensje trzeba jednak mieć o przygotowanie zespołu do igrzysk. W kadrze było zbyt wielu siatkarzy w słabszej formie, by myśleć o medalu. Inna sprawa, że polska reprezentacja miała za sobą niesamowicie trudny rok. Podobną drogę do Rio przeszła Francja, która też pożegnała się z turniejem, chociaż była większym faworytem niż Polska. Dwa wyczerpujące turnieje kwalifikacyjne musiały się odbić na zawodnikach, a trenerzy nie znaleźli recepty na przełamanie. Dla ścisłości: Antiga i Laurent Tillie.

Polska zagrała w ćwierćfinale słabo, co nie jest powodem do mieszania siatkarzy z błotem. Oni bardzo chcieli, ale nie zawsze: chcieć, to móc. Tym razem rywale byli silniejsi. Kurkowi, Kłosowi, Zatorskiemu, Mice, Kubiakowi, Łomaczowi, Bieńkowi, Nowakowskiemu i całej reszcie na pewno nie zabrakło ambicji. Może umiejętności, a na pewno wyższej formy. Takiej jak rok temu w Pucharze Świata, kiedy pokonali USA.

A teraz o piłkarzach ręcznych, którzy kolejny raz przekonali się, jak blisko jest od zera do bohatera. W poniedziałek „nie zasługiwali na awans do ćwierćfinału”, dwa dni później znów stali się herosami, gigantami i nadludźmi. Dla jasności: zawsze podziwiałem i podziwiam polskich szczypiornistów, podobnie jak siatkarzy. I byłem prawie pewien - mam świadków - że awansują do półfinału, rewanżując się Chorwacji za wstydliwą porażkę z mistrzostw Europy. Mieli więcej szczęścia od siatkarzy, bo ich najlepszy - na razie - mecz rozegrali na igrzyskach. Mam nadzieję, że na tym nie poprzestaną, bo odchodzące już pokolenie zasłużyło na ukoronowanie kariery, a najlepszym byłby olimpijski medal. A Karol Bielecki był jak Kurek w spotkaniach siatkarzy, z tym, że wcześniej nie miał wsparcia u kolegów, a z Chorwacją nie został sam, jak atakujący reprezentacji siatkarzy przeciwko Amerykanom.

  1. Gdybym miał dziś przewidzieć przyszłość, to znacznie jaśniejsza rysuje się przed siatkówką, która dorobiła się systemu wypuszczającymi co roku niemal hurtowo przyszłych reprezentantów. Widać to świetnie po wynikach młodzieży. W piłce ręcznej następców Bieleckiego na razie nie widać.

 

21:16, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 stycznia 2016

kurek1

Reprezentacja Polski ma francuskich trenerów, stara się grać szybko, kombinacyjnie, dobrze w obronie, tak jak Francja. Ale do oryginału nam jeszcze brakuje. Niewiele. Tyle, ile w dwóch przegranych na przewagi setach.

Polska rozegrała w sobotę najlepszy mecz od wrześniowego Pucharu Świata, w którym pokonaliśmy m.in. USA, Rosję, Argentynę czy Iran. W Japonii do awansu zabrakło nam jednego seta, co przy 11 meczach jest różnicą najmniejszą z możliwych. W spotkaniu z Francją dwa sety przegraliśmy na przewagi. Gdybyśmy mieli odrobinę więcej szczęścia, prowadzilibyśmy 2:0 i rywale nie mogliby pokazywać swojego luzu, czasami mocno irytującego. Szczęście z reguły jednak sprzyja lepszym. A może to nie szczęście, ale ta niewielka przewaga, tak ważna w najważniejszych momentach.

Podczas mistrzostw świata to my wygrywaliśmy dramatyczne końcówki, potrafiliśmy odwrócić losy meczu, jak choćby z Brazylią w fazie półfinałowej. Dlaczego? Bo mieliśmy lepszą drużynę. Mieliśmy też lidera, jakim był Mariusz Wlazły. Rozgrywający - czy to Fabian Drzyzga, czy Paweł Zagumny - wiedzieli, że gdy w końcówkach wystawią piłkę do niego, będą mieli 80-procentową pewność, że zdobędzie punkt. A gdy rozegrają do innego skrzydłowego, będzie mu łatwiej, ponieważ rywale skoncentrują się na zatrzymaniu Wlazłego. Mówił o tym po finale Bernardo Rezende, analizując przyczyny porażki. Według selekcjonera Brazylii jego drużyna popełniła błąd, do końca nastawiając się na zatrzymanie polskiego atakującego, a kluczowe punkty zdobywał Mateusz Mika.

Wlazłego już nie ma w kadrze i zapewne nie będzie. Zastępujący go Bartosz Kurek gra świetnie, ale jeszcze nie nauczył się bycia liderem w kluczowych akcjach. To dzięki niemu pokonaliśmy Serbię, jednak z Francją nie wytrzymał presji. Zabrakło nam jego ataków w pierwszym secie czy trudnych do przyjęcia zagrywek, jak na inauguracji berlińskiego turnieju.

- Drużyna mistrzów świata już nie istnieje - stwierdził w sobotni wieczór Kurek. I trzeba to zaakceptować, bo chociaż w kadrze aż roi się od mistrzów świata, to brakuje w niej liderów. Sportowych, bo mentalnie Michał Kubiak jest w stanie pociągnąć zespół. Żeby wygrać mundial, Zagumny, Winiarski i Wlazły przegrali wiele wielkich imprez, nabierając doświadczenia i odporności na stres. Stephane Antiga i Philippe Blain potwierdzili, że są świetnymi fachowcami, bo poziom reprezentacji spadł nieznacznie. Ale na odbudowanie zespołu z mistrzostw świata zabrakło czasu.

Kolejna przyczyna niepowodzenia, to zmęczenie. Reprezentacja wciąż płaci za wysiłek, jaki włożyła w morderczy Puchar Świata. W Japonii - do meczu z Włochami - graliśmy koncertowo. Tak, jak teraz Francuzi: błyskotliwie, szybko, kombinacyjnie, świetnie w obronie i bezlitośnie w kontrach. W końcu mamy francuskich trenerów, którzy nie będą narzucać nam stylu rosyjskiego. Styl trójkolorowych opiera się na doskonałym przyjęciu zagrywki i błyskawicznym rozegraniu Benjamina Toniuttiego. Tak, jak Polska grała w mistrzostwach świata. W Berlinie nasza szybująca zagrywka nie robiła na rywalach większego wrażenia, dlatego mogli wykorzystywać wszystkie swoje atuty. Dziś mają ich więcej niż Polska. Ale już w Rio de Janeiro, gdzie - jestem przekonany - Polska poleci, wynik może być odwrotny, bo piłka po ataku poleci centymetr niżej i zahaczy o palce blokujących, albo dotknie linii po bloku.

Od Niemiec jesteśmy lepsi, choć w grupie z nimi przegraliśmy. Jeśli tylko poradzimy sobie z presją, to zarezerwujemy sobie miejsce w majowym turnieju interkontynentalnym.

PS. I jeszcze jedno, na co po porażce z Francją zwrócił mi uwagę pewien trener: brak pokory. Po wygranych z Serbią i Belgią słyszałem i czytałem, że znów mamy złotą drużynę. Mało tego, nawet lepszą od tej, która zdobyła złoto w 2014 roku. Czy ktoś przypomina sobie, żeby przed i w czasie mundialu ówcześni liderzy mówili, że interesuje ich tylko mistrzostwo? Że są najlepsi? Nie, po każdym zwycięstwie słyszałem, że trzeba wygrać następny mecz. Pycha nie pomaga w osiąganiu dobrych wyników, o czym boleśnie się przekonaliśmy!

Reprezentacja Polski ma francuskich trenerów, stara się grać szybko, kombinacyjnie, dobrze w obronie, tak jak Francja. Ale do oryginału nam jeszcze brakuje. Niewiele. Tyle, ile w dwóch przegranych na przewagi setach.

Polska rozegrała w sobotę najlepszy mecz od wrześniowego Pucharu Świata, w którym pokonaliśmy m.in. USA, Rosję, Argentynę czy Iran. W Japonii do awansu zabrakło nam jednego seta, co przy 11 meczach jest różnicą najmniejszą z możliwych. W spotkaniu z Francją dwa sety przegraliśmy na przewagi. Gdybyśmy mieli odrobinę więcej szczęścia, prowadzilibyśmy 2:0 i rywale nie mogliby pokazywać swojego luzu, czasami mocno irytującego. Szczęście z reguły jednak sprzyja lepszym. A może to nie szczęście, ale ta niewielka przewaga, tak ważna w najważniejszych momentach.

Podczas mistrzostw świata to my wygrywaliśmy dramatyczne końcówki, potrafiliśmy odwrócić losy meczu, jak choćby z Brazylią w fazie półfinałowej. Dlaczego? Bo mieliśmy lepszą drużynę. Mieliśmy też lidera, jakim był Mariusz Wlazły. Rozgrywający - czy to Fabian Drzyzga, czy Paweł Zagumny - wiedzieli, że gdy w końcówkach wystawią piłkę do niego, będą mieli 80-procentową pewność, że zdobędzie punkt. A gdy rozegrają do innego skrzydłowego, będzie mu łatwiej, ponieważ rywale skoncentrują się na zatrzymaniu Wlazłego. Mówił o tym po finale Bernardo Rezende, analizując przyczyny porażki. Według selekcjonera Brazylii jego drużyna popełniła błąd, do końca nastawiając się na zatrzymanie polskiego atakującego, a kluczowe punkty zdobywał Mateusz Mika.

Wlazłego już nie ma w kadrze i zapewne nie będzie. Zastępujący go Bartosz Kurek gra świetnie, ale jeszcze nie nauczył się bycia liderem w kluczowych akcjach. To dzięki niemu pokonaliśmy Serbię, jednak z Francją nie wytrzymał presji. Zabrakło nam jego ataków w pierwszym secie czy trudnych do przyjęcia zagrywek, jak na inauguracji berlińskiego turnieju.

- Drużyna mistrzów świata już nie istnieje - stwierdził w sobotni wieczór Kurek. I trzeba to zaakceptować, bo chociaż w kadrze aż roi się od mistrzów świata, to brakuje w niej liderów. Sportowych, bo mentalnie Michał Kubiak jest w stanie pociągnąć zespół. Żeby wygrać mundial, Zagumny, Winiarski i Wlazły przegrali wiele wielkich imprez, nabierając doświadczenia i odporności na stres. Stephane Antiga i Philippe Blain potwierdzili, że są świetnymi fachowcami, bo poziom reprezentacji spadł nieznacznie. Ale na odbudowanie zespołu z mistrzostw świata zabrakło czasu.

Kolejna przyczyna niepowodzenia, to zmęczenie. Reprezentacja wciąż płaci za wysiłek, jaki włożyła w morderczy Puchar Świata. W Japonii - do meczu z Włochami - graliśmy koncertowo. Tak, jak teraz Francuzi: błyskotliwie, szybko, kombinacyjnie, świetnie w obronie i bezlitośnie w kontrach. W końcu mamy francuskich trenerów, którzy nie będą narzucać nam stylu rosyjskiego. Styl trójkolorowych opiera się na doskonałym przyjęciu zagrywki i błyskawicznym rozegraniu Benjamina Toniuttiego. Tak, jak Polska grała w mistrzostwach świata. W Berlinie nasza szybująca zagrywka nie robiła na rywalach większego wrażenia, dlatego mogli wykorzystywać wszystkie swoje atuty. Dziś mają ich więcej niż Polska. Ale już w Rio de Janeiro, gdzie - jestem przekonany - Polska poleci, wynik może być odwrotny, bo piłka po ataku poleci centymetr niżej i zahaczy o palce blokujących, albo dotknie linii po bloku.

Od Niemiec jesteśmy lepsi, choć w grupie z nimi przegraliśmy. Jeśli tylko poradzimy sobie z presją, to zarezerwujemy sobie miejsce w majowym turnieju interkontynentalnym.

PS. I jeszcze jedno, na co po porażce z Francją zwrócił mi uwagę pewien trener: brak pokory. Po wygranych z Serbią i Belgią słyszałem i czytałem, że znów mamy złotą drużynę. Mało tego, nawet lepszą od tej, która zdobyła złoto w 2014 roku. Czy ktoś przypomina sobie, żeby przed i w czasie mundialu ówcześni liderzy mówili, że interesuje ich tylko mistrzostwo? Że są najlepsi? Nie, po każdym zwycięstwie słyszałem, że trzeba wygrać następny mecz. Pycha nie pomaga w osiąganiu dobrych wyników, o czym boleśnie się przekonaliśmy!

01:25, jaroslawbinczyk
Link Komentarze (1) »
środa, 23 września 2015

MK111214_113736

W 1908 roku Włoch Pietro Dorando wbiegł na stadion jako pierwszy z maratończyków walczących o olimpijskie złoto w Sydney. Ale był tak zmęczony, że pomylił kierunki. Słaniającego się na nogach biegacza doprowadzono do mety, ale został zdyskwalifikowany. Podobnie było z polskimi siatkarzami w Japonii. Na ostatniej prostej Pucharu Świata byli bohaterami, ale zostali zatrzymani tuż przed końcem. Radość zmieniła się w rozpacz, bo nasza reprezentacja zasłużyła na awans do igrzysk jak mało kto. Żaden z rywali nie przeszedł przez ostatni rok takiej rewolucji jak Polska, na żadnego przeciwnicy nie mobilizowali się tak mocno jak na mistrza, dlatego każde zwycięstwo musieliśmy wyszarpać.
Polacy zagrali w PŚ znakomicie, ale w sporcie o wyniku decydują szczegóły. I one zdecydowały o braku awansu na igrzyska. Straciliśmy po drodze kilka setów więcej od przeciwników. Nie sprzyjał nam też kalendarz, bo Włosi – nasi pogromcy – rośli w siłę w miarę rozkręcania się turnieju. Osmany Juantorena w meczu z USA miał w ataku miał 20 proc. skuteczności, a w środę – 68 proc.!
Polska dokonała wielkiego wyczynu, jakim jest zajęcie trzeciego miejsca. Choć jesteśmy mistrzami świata, to nie wolno zapominać, że w Japonii grała zupełnie inna drużyna niż ta, która 21 września 2015 roku pokonała Brazylię i odebrała złote medale. Wyobraźmy sobie Włochów bez Juantoreny i Iwana Zajcewa czy Amerykanów bez Matthew Andersona i Aarona Russella. Każdy z nich jest nie do zastąpienia, tak jak w naszej reprezentacji Mariusz Wlazły i Michał Winiarski. Bartosz Kurek, Rafał Buszek, Mateusz Mika i Rafał Kubiak zrobili wszystko, co mogli, ale minimalna różnica dzieląca nas od pierwszego czy drugiego miejsca to właśnie tyle, ile jeszcze różni gwiazdy kadry od dwóch siatkarzy PGE Skry.
W trakcie turnieju słyszałem i czytałem, że przy tak grającej polskiej kadrze Winiarski, Wlazły czy nowy Polak Wilfredo Leon mieliby kłopot z miejscem w szóstce. Bzdura! Takich zawodników jak Winiarski nie da się zastąpić bez żadnych konsekwencji, zaś Leon to być może najlepszy przyjmujący na świecie. Obaj są gwiazdami, które – podobnie jak Wlazły – robią różnicę w najważniejszych i najtrudniejszych chwilach. Obecni reprezentanci są jeszcze młodzi i z pewnością będą lepsi. Muszą jednak pamiętać, że dobrych siatkarzy jest wielu, ale po laury sięgają wybitni. Tacy, którzy najlepiej grają w półfinałach i finałach, którym nie drży ręka, nie dają się blokować w kluczowych akcjach, a im bliżej końca, tym lepiej serwują.
Stephane Antiga już dokonał wielkiej rzeczy, bo po ubiegłorocznych rezygnacjach – przyznaję szczerze – nie spodziewałem się, że Polska będzie grać aż tak dobrze. I trzeba o tym pamiętać. A może Leon dostanie zgodę na skrócenie karencji, a Winiarski zmieni zdanie. Wlazły nie wróci na pewno, bo – jak twierdzi – umawiał się tylko na mistrzostwa świata. Ale nawet bez niego potencjał mamy ogromny. Trzeba cierpliwie poczekać! Może tylko do Rio de Janeiro? Bo o tym, że zakwalifikujemy się na igrzyska, jestem przekonany.

15:56, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 sierpnia 2014

Afera z wyrzuceniem z kadry Bartosza Kurka przysłoniła najważniejsze, czyli przygotowania do największej imprezy w historii polskiej siatkówki i jednej z największych w naszym sporcie. Do jej rozpoczęcia został tydzień, dlatego czas skończyć wylewanie żalu i zacząć zajmować się szansami reprezentacji. Jak już pisałem w „Wyborczej” i na sport.pl, uważam, że bez Kurka Polska będzie dużo słabsza. I nie zmienią tego oderwane od rzeczywistości statystyki, które podobno lepsze mają Mateusz Mika czy Rafał Buszek. Obu życzę jak najlepiej, ale nie przypuszczam, żeby któryś z nich trafił kiedyś do Dynama Moskwa czy Maceraty. Przypominam, że Kurek zdobył w poprzednim sezonie mistrzostwo Włoch, a Mika grał w Montpellier, jednej ze słabszych drużyn francuskiej ekstraklasy.

Może Buszek i Mika mieli lepszy procent skuteczności od Kurka, ale nie wolno rozpatrywać tego w oderwaniu od rzeczywistości. Kurek zawsze skończy mniej piłek od drugiego przyjmującego, bo z reguły dostaje te najtrudniejsze, przy ustawionym przez rywali bloku. Taka jest jego rola w reprezentacji, w której atakujący już od kilku lat nie odgrywają kluczowej roli w ataku. Dlatego też został wybrany na najlepszego zawodnika finału Ligi Światowej w 2012 roku. A jego rywalami były wówczas takie siatkarskie tuzy, jak Giba, Murilo, Matthew Anderson czy Wilfriedo Leon.

Każdy trener ma prawo dobrać sobie zawodników takich, jakich potrzebuje. Przypominam, że Hubert Wagner nie zabrał na igrzyska olimpijskie najlepszego wówczas polskiego rozgrywającego Stanisława Gościniaka, stawiając na teoretycznie słabszego Wiesława Gawłowskiego. Ale nie mówił, że postawił na tego drugiego, bo jest bardziej wydajny. Dla mnie to jest właśnie największy błąd Stephane Antigi, który z uporem przekonuje o małości Kurka wobec Miki i Buszka. Jeśli naprawdę nie był w stanie się z nim dogadać, to trzeba było po prostu o tym głośno powiedzieć.

Kto jest winien? Według mojej wiedzy obaj: i trener, i zawodnik. Pierwszy złamał ustalenia jeszcze sprzed eliminacji mistrzostw Europy. Podobno obiecał Kurkowi trzy tygodnie wolnego w czasie Ligi Światowej na wyleczenie urazu kręgosłupa. Później zmienił zdanie, zarzucając mu, że chce dłużej od innych odpoczywać. A przecież Kurek po ciężkim sezonie w Serie A skrócił wakacje, by pomóc Polsce w walce o finały mistrzostw Europy. Jakby tego było mało, ponoć ktoś ze sztabu reprezentacji zadzwonił do Maceraty, żeby dowiedzieć się, czy Kurek naprawdę potrzebuje leczenia. To miało przelać czarę goryczy u zawodnika, który był rozczarowany, że zamiast się wyleczyć, ogląda spotkania Ligi Światowej z kwadratu dla rezerwowych.

Na drugą część przygotowań siatkarz przyjechał, ale ponoć od początku nie ukrywał frustracji. Nie odpowiadał na pytania selekcjonera, ignorował polecenia. Kulminacją był sparing z Niemcami, z zagrywkami w sufit czy atakami przed siebie. W rewanżu Antiga upokorzył Kurka, nie wpuszczając go na boisko w memoriałowym spotkaniu z Bułgarią. Później była podobno ostra wymiana zdań, zakończona ogłoszeniem kadry już bez Kurka. I deklaracją, że u Antigi już nie zagra, czyli przez najbliższe dwa lata, bo kontrakt Francuza obowiązuje do igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro.

Najgorsze, że konflikt niedawnych kolegów z PGE Skry Bełchatów spowodował, że Polska będzie w mistrzostwach słabsza. Zabrakło przede wszystkim chęci porozumienia się. - Zamiast jak mężczyźni stanąć przed drużynom i wyjaśnić wszystkie problemy, były ciągłe złośliwości - to słowa jednego z naszych reprezentantów. Najbardziej straciła na tym Polska siatkówka, bo zastępstwa dla Kurka nie mamy. Z nim drużyna z pewnością byłaby silniejsza, choćby przez to, że selekcjoner miałby większe pole manewru. Nawet, gdy Mika czy Buszek zagrają świetnie i - czego im życzę - zostaną odkryciami turnieju. Bo polskie przysłowie mówi, że od przybytku głowa nie boli! Niestety, według innego, zgoda buduje, a niezgoda rujnuje!

sobota, 09 sierpnia 2014

 

Poznałem kiedyś Francuza, menedżera, który przez kilka lat pracował w Polsce. Znalazł u nas żonę i wrócił do ojczyzny. Wcześniej przez kilka lat żył m.in. w Hiszpanii. Zapytałem go, co najbardziej zdziwiło go w naszym kraju? Odpowiedział, że jedno słowo: „załatwić”. Dla niego była to nowość, bo dotychczas albo coś było dozwolone, albo zabronione. U nas nawet jak czegoś nie wolno zrobić, to przecież zawsze można „załatwić”.

Ta historia przypomniała mi się przy okazji powszechnego lamentu z powodu ukarania przez UEFA Legii. Szkoda mi piłkarzy, którzy zasłużyli, by walczyć o Ligę Mistrzów. Sportowo byli o klasę lepsi od słynnego Celticu. Niestety, ich sukces działacze zamienili w klęskę.

Ale jak to w Polsce, winny nie jest kierownik drużyny czy prezes, którzy nie dopilnowali procedur i wpisali do protokołu piłkarza, który powinien pauzować, ale UEFA, bo ośmieliła się postąpić zgodnie z przepisami. A przecież można było wszystko po polsku ZAŁATWIĆ i jeśli nie darować, bo przewinienie było mało znaczące, to choćby ograniczyć się do kary finansowej. A może należało przyznać Szkotom walkower, ale np. 1:0, bo Bereszyński wszedł na boisko w końcówce, kiedy jego drużyna prowadziła dwiema bramkami. To nic, że przepisy mówią, że jeśli na boisku, czy choćby w protokole meczowym znajdzie się nieuprawniony zawodnik, to jego drużyna przegrywa 0:3! U nas nie ma przepisu, którego nie dałoby się nagiąć czy ominąć. Wszystko da się przecież ZAŁATWIĆ. Tak jak ZAŁATWIANE są licencje i po drugiej kolejce dowiadujemy się, że jeden klub ma 25 mln długów, inny 18, ale jeszcze inny 35.

Niestety, zwycięstw w eliminacjach mistrzostw świat czy Europy nie da się ZAŁATWIĆ, dlatego w finałach pozostaje nam tylko kibicować innym drużynom, tak samo jak od 18 lat to inni nas załatwiają w drodze do Ligi Mistrzów. Gdy wreszcie mieliśmy szansę, załatwili ją działacze podobno najbardziej profesjonalnego polskiego klubu. I to oni są winni, a nie przestrzegająca przepisów UEFA.

PS. Ciekawy jestem, czy kiedykolwiek poznamy winnego tej sytuacji. Na razie są sami niewinni. Jak mam swojego faworyta, ale na razie nie podzielę się swoimi wnioskami

Tagi: Legia uefa
14:53, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 maja 2014

 

Według dyrektora sportowego Widzewa celem drużyny jest promowanie i sprzedaż piłkarzy, a nie sukces sportowy. Czy kogoś dziwi więc spadek z ekstraklasy w fatalnym stylu?

Wyobraźcie sobie państwo firmę. Kiedyś była wielka, rozpoznawana w całej Europie, sprzedawała swoje wyroby z wielkim zyskiem. Teraz ma potężne problemy, bo konkurencja ją wyprzedziła o kilka długości. Ale ma szansę utrzymać się na rynku. Warunkiem jest jednak zatrudnienie fachowców, którzy sprawią, że produkty będą lepsze i przede wszystkim bardziej konkurencyjne. Zarządcy nie chcą tego zrobić, choć zakład tonie. Przekonują, że wykwalifikowani pracownicy są im niepotrzebni, bo za kilka lat obecny – niewykwalifikowani – też się nauczą. A że firma upadnie? Trudno, nam zostanie satysfakcja, że chcieliśmy dobrze.

Taką właśnie firmą jest obecnie Widzew. Do niedawna jeden z najbardziej rozpoznawanych w kraju i poza nim. Ostatni z polskich, który grał w Lidze Mistrzów, a wcześniej potrafił wyeliminować z europejskich pucharów takie potęgi jak Liverpool, Manchestery czy Juventus. Klub, który wychował takie gwiazdy jak Zbigniew Boniek, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek i wielu innych.

Dziś Widzew tonie, a na dno ciągną go nieudolne władze. „Gdybyśmy podeszli do sprawy zadaniowo, to może byłoby inaczej. Jednak zamknęłoby nam to drogę na przyszłość i znów pojawiłyby się problemy. Tak było kiedyś, że stawiano na to, by osiągnąć szybki sukces i zostały z tego tylko długi. Trzeba wyciągać wnioski i budować zespół na tym, co przynosi zyski, czyli na młodych polskich piłkarzach, bo to przede wszystkim na nich zarobiliśmy do tej pory. Z tych doświadczeń chcemy korzystać. Odpowiadając więc na pytanie – właśnie taka była koncepcja, postawiliśmy na młodych” – mówi w wywiadzie z „Wyborczą” Michał Wlaźlik, dyrektor sportowy Widzewa. Dla niezorientowanych, to odpowiedź na pytanie, czy nie lepiej byłoby postawić na kilku bardziej doświadczonych piłkarzy, którzy skuteczniej walczyliby o uratowanie ekstraklasy. Gdy to przeczytałem, nie wierzyłem, że powiedział to dyrektor odpowiadający za sport. To jednak prawda. Dla Wlaźlika ważniejsze jest sprzedawanie zawodników niż sportowy sukces, jakim jest gra w ekstraklasie.

Takie stanowisko świadczy o dyletanctwie dyrektora sportowego. Po pierwsze, młodzi zawodnicy, na których Wlaźlik chce zarabiać, muszą się od kogoś uczyć. Na razie Krystian Nowak uczy się od Rafała Augustyniaka, a ten od Piotra Mrozińskiego. Efektem tej edukacji jest obrona dziurawa jak ser i ostatnie miejsce w tabeli. Wlaźlik to młody człowiek, który zapewne nie wie, że w I lidze od gry w piłkę ważniejsza jest walka i doświadczenie. Trudno więc zakładać, by utalentowani widzewiacy w najbliższym sezonie rozwinęli się tak, by można było ich z zyskiem sprzedać.

„Chcieliśmy jak najlepiej, ale wyszło jak wyszło” – mówi dalej Wlaźlik. I zapowiada powrót do wzorców, które pozwoliły pozyskać Kasprzaka, Pawłowskiego, Phibela czy Wolańskiego. Jest tylko jedno ale... Z ich odkryciem obecny dyrektor sportowy nie miał na szczęście nic wspólnego. Więcej, trenera, który ich znalazł i wypromował, Wlaźlik i jego koledzy z zarządu zwolnili. Przypominam też, że to nie Wlaźlik, a Radosław Mroczkowski namówił Grzegorza Waraneckiego, by opłacał kontrakt Eduardsa Visnakovsa, jednego z ostatnich zawodników, na których Widzew może zarobić. Wlaźlik i obecny trener odpowiadają za transfery Geli, Mikity czy Bogusławskiego. To najlepiej pokazuje fachowość ludzi podejmujących decyzje w klubie. Jeśli dodać do tego nieudolnego trenera, to przyszłość Widzewa jawi się w coraz ciemniejszych barwach.



23:14, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »

Całkiem niespodziewanie zdenerwowałem się na meczu Brazylia - Polska w Lidze Światowej. Po pierwsze dlatego, że nie przypuszczałem, że możemy mieć szansę nie tylko na honorową porażkę, ale przynajmniej na zdobycie punktu. Po drugie, była szansa nawet na zwycięstwo. Tak, na zwycięstwo! Bo Brazylijczycy grali bardzo słabo, jak na ich możliwości oczywiście. To drużyna silna, lecz nie tak silna, jak w czasach Giby, Dantego, Ricardo czy Gustavo. Klasowy zespół w formie nie pozwoliłby sobie, by przegrywać 10:18.

Jeszcze bardziej zdenerwowałem się, gdy czytałem i słuchałem, jak to Polacy świetnie wypadli i właściwie to powinniśmy się cieszyć ze stylu, w jakim przegrali. To już takie nasze, polskie. Stąd wzięła się piosenka kibiców: „nic się nie stało, Polacy nic się nie stało”. Piosenka koszmarna, bo przyzwalająca, a wręcz propagująca minimalizm. Później żałujemy, że nasi sportowcy zadowalają się dojściem do finału, albo że nie podejmują walki z faworytem.

Pamiętam finał mistrzostw świata w 2006 roku, kiedy Polska była tylko tłem dla Brazylii. Brazylii wielkiej, ale nie na tyle, żeby się przed nią położyć. Podobnych meczów było więcej, nie tylko w siatkówce. Jeszcze gorzej jest w piłce nożnej, długo podobnie zachowywali się skoczkowie narciarscy i duża grupa żużlowych gwiazd. Na podobną przypadłość choruje świetna skądinąd Agnieszka Radwańska, z wielką regularnością oddająca finały.

Może to brak ciągłych sukcesów powoduje, że zadowalamy się osiągnięciami połowicznymi. Jak reagują mistrzowie pokazuje zachowanie Bernardo Rezende. Trener Brazylii denerwuje się nawet wtedy, gdy jego podopieczni stracą punkt teoretycznie nie do obrony. Szaleje wtedy, krzyczy, ustawia i poprawia. Dlatego osiem razy wygrał Ligę Światową, a w mistrzostwach świata jego drużyna jest bezkonkurencyjna od ośmiu lat. Bo nigdy nie jesteś tak dobry, żeby nie być lepszy.

A wracając do meczu Polaków w Brazylii, to zabrakło im wyrachowania i doświadczenia. Jedyny naprawdę doświadczony zawodnik w drużynie, był najsłabszy. Krzysztof Ignaczak powinien przyjąć przynajmniej jedną z trudnych zagrywek Lipe Fontelesa. Później też się mylił stanowczo za często. Mateusz Mika, Rafał Buszek zagrali nieźle, lecz zawiedli w najważniejszych chwilach. Podobnie Grzegorz Bociek. To właśnie sprawia, że wszyscy są dopiero kandydatami na dobrych siatkarzy. Znacznie bliżej szczytu są Fabian Drzyzga, Andrzej Wrona i Karol Kłos. Ten ostatni pokazał klasę także po meczu, kiedy w wywiadzie stwierdził otwarcie, że Polska straciła szansę na dobry wynik. I jeśli ktoś zastanawiał się, skąd bierze się tak błyskawiczna kariera środkowego PGE Skry, to właśnie dostał odpowiedź. Bo nie prawda, że nic się nie stało! Przeciwnie, stało się, bo powinniśmy pokonać mistrzów świata. 

Na zdjęciu Karol Kłos w meczu z Brazylią. Fot. FIVB

niedziela, 23 marca 2014

Właściciel Widzewa co jakiś czas dzieli się swoimi przemyśleniami na temat Widzewa, miasta, polskiej piłki. Wszystkie jego wywody (choć bardziej adekwatne byłoby określenie „wynurzenia”) mają jedną wspólną cechę: znalezienie winnego fatalnej sytuacji klubu, którym zarządza z tylnego siedzenia. Po trenerach, dziennikarzach Sylwester Cacek wziął sobie na cel kibiców. To przez nich drużyna kolejny raz się skompromitowała, bo zamiast w końcówce dopingować, gwizdali na zawodników i krzyczeli: „Widzew, grać, k...a mać”. Za karę Cacek zapowiada, że może nie wpuścić ich na stadion podczas następnego meczu.
Frustracji kibiców się nie dziwię, bo trzeba naprawdę bardzo kochać Widzew, żeby przez dwie godziny katować się oglądaniem żenujących popisów futbolistów, co tydzień kompromitujących jeden z najbardziej zasłużonych klubów. Uważam jednak, że gwizdy nie należą się Nowakowi, Batroviciowi, Kasprzakowi, Augustyniakowi czy Visnakovsowi, ale tym, którzy fatalnie przygotowali ich do gry. To nie oni co mecz wymyślają nową taktykę, w której drużyna zaczyna grę pięcioma obrońcami, w której tak kreatywny zawodnik jak Veljko Batrović musi biegać od pola karnego do pola karnego, zaś Eduards Visnakovs przez 90 minut nie dostaje żadnego podania. Wygwizdani powinni być ci, którzy spowodowali, że piłkarzom po godzinie brakuje sił, że poruszają się w jednym tempie, że przegrywają pojedynki biegowe z większością rywali. To nie jest wina młodych graczy, że ekstraklasa to dla nich za wysokie progi.
Gwizdać trzeba na tych, którzy swoimi decyzjami sprawili, że klub jest w dramatycznej sytuacji, bo uważają się za mądrzejszych od wszystkich innych. I mimo katastrofalnej gry widzą postęp. Za to, że zatrudniają trenerów nieudaczników, których jedyną zaletą jest to, że wystawiają skład napisany wcześniej na kartce przez ich pracodawców. Kiedy Michał Probierz, Czesław Michnuiewicz i Radosław Mroczkowski sprzeciwili się, musieli odejść. A dziś z wywiadu Cacka dowiadują się, że nie mają charakteru, bo śmieli się przeciwstawić jemu i jego doradcom. „Szukam trenera z charakterem, umiejętności każdego można nauczyć”. Tylko dlaczego kosztem najbardziej utytułowanej łódzkiej drużyny?
Do przeczytania wywiadu byłem przekonany, że Artur Skowronek powinien podać się do dymisji, bo cofnął Widzew jeszcze bardziej niż Rafał Pawlak. Teraz już wiem, że to nic nie da, bo prawdziwy trener z prawdziwym charakterem przy al. Piłsudskiego nie ma szans. Decyzje i tak zapadają gdzie indziej, bez względu na konsekwencje. Tego klubu już nic nie jest w stanie uratować. Niestety!

Tagi: cacek Widzew
20:35, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 marca 2014

Starzy widzewiacy, którzy w europejskich pucharach radzili sobie z Manchesterami City i United, Liverpoolem czy Juventusem, a także ci, którzy w Lidze Mistrzów grali jak równy z równym z Borussią Dortmund i Atletico Madryt patrząc na to, zrobiono z ich klubem zapewne płoną ze wstydu. Jedna z największych sportowych marek w Polsce co tydzień jest profanowana. Obojętnie, gdzie jedzie drużyna, dostaje lanie. Przypominam, że nie potrafiła pokonać nawet Sandecji Nowy Sącz w Pucharze Polski. Teraz statystykę poprawiła sobie Lechia Gdańsk. Lecha zmęczona pucharowym spotkaniem z Jagiellonią Białystok, ale i tak lepiej biegająca od złożonej z piłkarskich dzieci drużyny z Łodzi.

Nie mam zamiaru obwiniać o to Wolańskiego, Stępińskiego, Nowaka, Kasprzaka, Mrozińskiego czy Rybickiego. Oni lepiej grać nie potrafią. To nie ich wina, że zostali rzuceni nawet nie na głęboką wodę, ale wręcz na środek oceanu. Pływać dopiero się uczą, dlatego toną w błyskawicznym tempie.

Winni tego siedzą na pierwszym piętrze klubowego budynku, wypełniając polecenia wydawane z Piaseczna czy Szwajcarii. Zresztą nie tylko, bo chcąc podlizać się właścicielom, wychodzą przed szereg. Początkiem końca Widzewa było zwolnienie Radosława Mroczkowskiego, który z tworzoną naprędce ekipą zdobył w dziesięciu meczach dziewięć punktów. Zastąpił go nietrener Pawlak, którego jedyną zaletą była dyspozycyjność wobec szefów. Popsuł wszystko co było można.

Ale nigdy nie myślałem, że może być jeszcze gorzej. Bo za Pawlaka drużyna przynajmniej była groźna w kontrach i przy stałych fragmentach. Teraz po boisku wolno biegają niscy zawodnicy, z których większość miałaby problem z wyróżnieniem się w trzeciej lidze. Żaden z nich nigdy nie będzie Xavim, Iniestą, Fabregasem, Modriciem czy Isco. Wierzy w to chyba tylko trener Artur Skowronek, wystawiając ich na pośmiewisko i dla poprawienia statystyk i humoru przeciwnikom.

Nie przypuszczałem, że tak może być, ale na razie obecny szkoleniowiec Widzewa niczym nie różni się od nietrenera Pawlaka. Może tylko tym, że biega przy linii i głośno krzyczy. Bo drużyna - z wyjątkiem fragmentu z Lechem - gra fatalnie. Skowronka i ludzi odpowiadające za sport w zarządzie kompromitują zimowe transfery. Z fury nowych na razie za wzmocnienie (z bardzo dużą tolerancją) można uznać tylko Yaniego Urdinowa. To po co było wydawać pieniądze na Wasiluka, Kikuta, Gelę i Cetnarskiego, skoro są słabsi od tych, którzy byli w Widzewie od dawna? Po co było dwa miesiące przygotowań, gdy na boisko wychodzi całkiem inna drużyna od grającej w sparingach? To obciąża przede wszystkim trenera. Nie wystarczy wprowadzić surowy regulamin, by poprawiły się wyniki.

Szkoleniowiec bezradnie tłumaczy po meczu w Gdańsku, że ma młodą drużynę. Ale przecież to on ją budował razem z dyrektorem sportowym Wlaźlikiem i prezesem Młynarczykiem. Może być jednak pewny, że go nie zwolnią, bo przecież jest lojalny. Nawet jeśli Widzew będzie się kompromitował jak w Gdańsku czy Bielsku-Białej. 

21:36, jaroslawbinczyk
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5